(Oto wykaz wszystkich moich stron
w zestawieniu językowym i przedmiotowym - w 6 językach, tj. polskim,
angielskim, niemieckim,
francuskim, hiszpańskim i
włoskim.
Wybierz interesującą Cię stronę manipulując suwakami, potem kliknij
na nią aby ją uruchomić:)
(Zauważ że jeśli jakaś mroczna moc uniemożliwi wyświetlenie powyższego
wykazu moich stron internetowych, wówczas wykaz ten możesz też wyświetlić
odrębnie poprzez kliknięcie w "Menu 1" na pozycję
Menu 4,
lub poprzez napisanie URL tej witryny i dodanie kodu
/menu.htm
do końca owego URL.)
#1. Przebieg mojego życia:
Urodziłem się w 1946 roku
w maleńkiej wioseczce jaka przez najdłuższy okres czasu nazywała się
Wszewilki
(wioska ta często
zmieniała nazwę). Jest ona zlokalizowana w południowo-zachodnim obszarze
Polski (tj. niedaleko do Niemiec i Czech). Mój ojciec był mechanikiem
o tzw. "złotych rękach" - znaczy naprawiał wszystko co się popsuło w
promieniu dziesiątków kilometrów od naszego domu, zaczynając od
zegarków i zegarów, poprzez rowery i różne maszyny, a skończywszy
na ogromnych silnikach gazowych jakie napędzały pompy w miejscowych
wodociągach. (Faktycznie to był on nawet zatrudniony przez gazownię w
Miliczu
aby utrzymywał owe wodociągi miejskie w stanie działającym). Obecnie się
zastanawiam, jak on właściwie mógł mnie tolerować, jako że cokolwiek
zreperował jednego wieczora, natychmiast ja rozmontowywałem to następnego
dnia kiedy on był w pracy, aby zobaczyć jak to działa. Oczywiście,
nie zawsze też zdołałem potem to poskładać z powrotem tak aby działało
jak powinno. (Szczególnie trudnymi do poskładania tak aby potem
działały okazywały się małe zegarki. Po tym więc jak doświadczyłem
kilkakrotnie jak mój ojciec reaguje na widok rozmontowanych
zegarków które on naprawił jedynie noc wcześniej, zwolna nauczyłem
się powstrzymywać swoją ciekawość dowiedzenia się co właściwie
powoduje że owe zegarki tykają.) Moja matka była gospodynią
domową - skromny geniusz matematyczny.
Była ona w stanie liczyć w pamięci niemal tak samo szybko jak to
czynią dzisiejsze komputery. Jej zdolności obliczeniowe zawsze
szokowały sprzedawców w sklepach, dostarczając wiele uciechy mi
i mojej siostrze z którą często towarzyszyliśmy mamie w wyprawach
na zakupy. Moja edukacja podążała typowym kursem komunistycznej
Polski. Najpierw (w 1953 roku) zacząłem uczęszczać do szkoły
podstawowej w pobliskim
Miliczu
(w owym czasie mającym około 6000 mieszkańców). Ukończyłem
ową podstawówkę w 1960 roku. Potem
zacząłem uczęszczać do szkoły średniej (od 1960 do 1964), którą
było Liceum Ogólnokształcące w Miliczu. Maturę zdałem w 1964 roku.
Świadectwo maturalne upoważniało mnie do wstępu na wyższe uczelnie.
Wybrałem studia na
Politechnice Wrocławskiej,
która w owym czasie
była jedną z najbardziej renomowanych uczelni w Polsce. (Na bazie
swojej obecnej znajmości poziomu nauczania w innych uniwersytetach
świata, ja osobiście wierzę, że w owym czasie była ona najlepszą
uczelnią w Polsce, a jednocześnie jedną z najlepszych uczelni na
świecie.) Przypadało wówczas około 12 kandydatów na każde wolne
miejsce z owej Politechniki, stąd jedynie zdanie egzaminów wstępnych
okazało się ogromnym sukcesem. Studiowałem tam od 1964 roku do
1970 roku. Po otrzymaniu dyplomu owej politechniki, w 1970 roku
zostałem przez nią zatrudniony najpierw jako assystent stażysta,
potem jako asystent, dalej jako starszy asystent, zaś po obronie
pracy doktorskiej w 1974 roku - jako adiunkt ("adiunkt" w Polsce
jest odpowiednikiem dla tzw. "Reader" z angielskich uniwersytetów).
Potem tornado zmian politycznych zmiotło Polskę. Zostałem członkiem
Solidarności, zaś kiedy Solidarność została utopiona, ja utonąłem
wraz z nią. "Polowanie na czarownice" zostało rozpoczęte. Jak to było
z każdym byłym działaczem Solidarności, moje życie znalazło się wówczas
w niebezpieczeństwie. Któregoś dnia byłem nawet ścigany i niemal
postrzelony przez policję. Z pomocą dobrych przyjaciół zdołałem
opuścić Polskę i wyemigrować do Nowej Zelandii - zanim reżymowi
udało się mnie złapać i wysłać na Syberię. Wylądowałem w Nowej
Zelandii w 1982 roku. Moja pierwsza praca była tam na
Canterbury University
w Christchurch. Potem pracowałem w
Southland Polytechnic
z Invercargill. Następnie na
Otago University
w Dunedin. Tuż przed
tym kiedy pierwsze oznaki depresji ekonomicznej uderzyły Nową Zelandię,
w 1990 roku straciłem pracę na Otago University. Przez następne
2 lata byłem bezrobotnym. W końcu, w 1992 roku zdecydowałem się
opuścić Nową Zelandię oraz szukać chleba poza jej granicami.
Podpisałem kontrakty na profesury uniwersyteckie najpierw na
Eastern Mediterranean University
z miasta Famagusta na Północnym Cyprze, potem na
University Malaya
w Kuala Lumpur, Malazja, w końcu zaś na
University of Malaysia Sarawak
z miasta Kuching na tropikalnej Wyspie Borneo. Po tym jednak jak "Kryzys Azjatycki"
obezwładnił także i Malazję, poczynając od 1999 roku udało mi się
zabezpieczyć dla siebie pracę w Nowej Zelandii. Niestety nastąpiło
to za słoną cenę. Wszakże rolniczo nastawiona Nowa Zelandia nie potrzebuje
ludzi z moją ekspertyzą techniczną. Stąd oddawała mi wielką przysługę
że wogóle miała jakieś zatrudnienie dla mnie. Wylądowałem więc na
najniższej pozycji akademickiej jaka była dostępna na maleńkiej
Aoraki Politechnice
z miasteczka Timaru. Niestety, pod koniec 2000 roku zostałem
zwolniony z nawet owej najniższej pozycji. Powodem zwolnienia
jaki wówczas mi zakomunikowano, był raptowny i niespodziewany
spadek liczby studentów na owej politechnice. Od dnia 12 lutego 2001
roku zacząłem pracować jako akademik (po angielsku: "academic
staff member") w
Wellington Institute of Technology
zlokalizowanym na przedmieściu stolicy Nowej Zelandii, czyli w Petone
pod Wellington - także będąc zatrudniony na najniższej pozycji
akademickiej jaka była tam dostępna. W Wellington pracowałem aż
do 22 lipca 2005 roku, kiedy to zwolniono mnie z pracy z wyjaśnieniem
że liczba studentów tej uczelni raptownie spadła. Faktycznie też ów
spadek był tak znaczny, że stał się łatwym do odnotowania nawet
gołym okiem - od początka 2005 roku uczelnia ta stała się niemal
zupełnie pusta. W chwili obecnej zajmuję się szukaniem swojej
następnej pracy. Jak chciałbym aby w idealnym przypadku ona
wyglądała, wyjaśniłem to na stronie internetowej
"poszukuję pracy"
dostępnej poprzez "Menu 2" oraz "Menu 4".
#2. Wykładanie w wielu zakątkach świata:
W Polsce lat 1970-tych używane było
powiedzenie "życzę ci abyś żył w interesujących czasach". (Miało ono jakoby
pochodzić z Chin, jednak ja spędziłem wiele czasu wśród Chińczykow
i żaden z nich nigdy o nim nie słyszał.) Było ono grzeczną formą
naubliżania komuś. Zamiast bowiem kogoś przeklinać, czy wysyłać
go do piekła, Polacy w owych czasach zwykli grzecznie mu życzyć
aby "żył w interesujących czasach". Otóż moje życie okazuje się być
właśnie takim. Ja "żyję w interesujących czasach", a także mam
"interesujące życie". Chociaż nigdy o nie się nie prosiłem, los
dał mi okazję życia, zarabiania na siebie, oraz dokonywania badań
naukowych pośród wielu interesujących ludzi i w wielu interesujących
krajach świata, jakie są zlokalizowane w odległych obszarach naszej
planety. Także moje życie okazało się pełne przygód, ciągłych zmian,
wydarzeń, itp. I tak, przez okres nie krótszy od jednego roku żyłem,
prowadziłem badania, oraz wykładałem w Polsce, Nowej Zelandii,
Północnym Cyprze, lądowej Malezji, na malezyjskim Borneo, oraz
ponownie w Nowej Zelandii (po powrocie do Nowej Zelandii w 1999 roku,
filozoficznie i ekonomicznie okazała się ona być już zupełnie innym krajem,
niż ten jaki opuściłem w 1992 roku w poszukiwaniu chleba). Ponadto
wizytowałem naukowo Niemcy Wschodnie
(przez 2 miesiące), Bułgarię (przez 1 miesiąc), oraz Czechosłowację
(przez 2 tygodnie). Oczywiście, musimy tutaj pamiętać, że zarabianie
na życie w jakimkolwiek kraju dostarcza całkowicie odmiennych
doświadczeń niż zwykłe odwiedzenie tego kraju jako turysta.
* * *
Powyższe interesujące życie wędrownego
wykładowcy jest uzupełniane równie interesującą pracą w przemyśle. Przez wiele
lat byłem doradcą naukowym w największym polskim zakładzie produkującym
komputery, mianowicie w MERA-ELWRO (to właśnie stamtąd wywodzi się moja
ekspertyza komputerowa). Faktycznie, kiedy zaczynałem tam pracować,
MERA-ELWRO była też największą fabryką komputerów we Wschodniej Europie.
Niestety, potem zakład ten został zlikwidowany - nie mogę więc obecnie
podać tutaj linku do jego strony internetowej. Jedyne co po nim przetrwało
to miniaturowy zakład usługowy który nosi nieco podobną nazwę
Elwro-System,
jednak który wcale nie reprezentuje tradycji oryginalnego Mera-Elwro.
Potem byłem konsultantem naukowym w ogromnej fabryce produkującej
autobusy i ciężarówki, również zlokalizowanej w Polsce a nazywającej
się wówczas
POLMO-JELCZ.
Zatrudniała ona wtedy około 12 000 pracowników. Faktycznie też, kiedy
oglądam się teraz do tyłu, wówczas widzę że większość mojego życia
spędziłem na przenoszeniu się z miejsca na miejsce i na zmienianiu
pracy (ale nie z własnej woli). Istnieje powiedzenie "zmiana jest
przyprawą życia" (po angielsku: "variety is a spice of life").
Jednak jak wiele przypraw człowiek jest w stanie przełknąć.
Zauważ że można zobaczyć powiększenie
każdej fotografii z niniejszej strony internetowej, poprzez zwykłe kliknięcie
na tą fotografię. Ponadto większość browserów jakie obecnie są w użyciu, włączając
w to także popularny "Internet Explorer", pozwala także na
załadowanie każdej ilustracji do swojego
własnego komputera, gdzie można jej się do woli przyglądać, gdzie daje się ją
redukować lub powiększać, a także drukować, za pomocą posiadanego przez siebie
software graficznego.
Oto moje najnowsze zdjęcie. Wykonałem je w dniu 19 lipca 2004 roku dla
dowodu osobistego. Odzwierciedla ono dosyć dobrze jak obecnie wyglądam.
Oto ja (Dr Jan Pająk) w tzw. "moście po niebie" (tj. "sky bridge") z 42 piętra
KLCC. Sfotografowany 30 grudnia 2002 roku. Nazwa KLCC używana jest dla dwóch
drapaczy chmur skonstruowanych jako "bliźniaki" (tj. "twin towers") w centrum
Kuala Lumpur, Malaysia. Są one jedynymi "bliźniakami" na świecie które
ciągle stoją, a które należą do ekskluzywnego klubu najwyższych budynków
świata. Ów "most po niebie" łączy ze sobą te dwa drapacze chmur na nieco mniej
niż połowa ich wysokości. Pozycja owego "mostu po niebie" jaki łączy obie
wieże jest lepiej widoczna na następującym zdjęciu pokazującym całe KLCC.
* * *
Tak na marginesie, to KLCC jest
jednym z cudów technicznych dzisiejszego świata. Dlatego jeśli ktoś jest już
w Kuala Lumpur, lub gdzieś blisko tej metroplii, wówczas gorąco bym
zachęcał aby odwiedzić te drapacze chmur i zobaczyć je na własne oczy.
#3. Powtarzalne wzloty i upadki:
Jeśli ktoś mógłby kiedykolwiek
zostać rozgrzeszony za posiadanie fatalistycznego spojrzenia na życie,
prawdopodobnie byłbym to ja. Wszakże całe moje życie składa się z niekończących
się cykli wzlotów i upadków. Jakikolwiek obszar mojego życia nie byłby
rozpatrywany, zawsze toczy się on zgodnie z tym samym wzorcem.
Mianowicie, najpierw wolno i pracowicie buduję jakieś osiągnięcia
w owym obszarze. Potem zaś przychodzi jakaś dziwna katastrofa
która rujnuje mi wszystko, tak że zmuszony jestem zaczynać ponownie
od samego początka, itd., itp. Faktycznie też wszystkio to wygląda tak
jakby niewidzialne "szatańskie istoty" zawsze podążały moimi śladami
przez całe moje życie i upewniały się że wszystko co mozolnie buduję
szybko ponownie się zawala. Rezultat jest taki, że jak dotychczas nigdy
nie posiadałem własnego domu, że większość czasu cały mój dorobek
życiowy musiał dawać się załadować do jednej walizki, że po
wyemigrowaniu z Polski średni okres mojego zatrudnienia w tej
samej instytucji nie przekracza 3 lat, a także że nigdy nie
wiedziałem, ani nie wiem, co przytrafi mi się już jutro.
Aby dostarczyć tutaj
przykład mechanizmu owych nieustannych wzlotów i upadków, przeglądnijmy
wspólnie historię moich zatrudnień, które (jak wszystko inne w
moim życiu) także im podlega. Najpierw miałem dającą dużo osobistej
satysfakcji pracę naukowca przecierającego nowe szlaki na Politechnice
Wrocławskiej (Polska). Szybko awansowałem po akademickiej drabinie,
zaczynając pracę jako młodszy asystent, zaś w przeciągu 4 lat osiągając
poziom adiunkta (tj. najwyższą pozycję którą bezpartyjni naukowcy
mogli zajmować w komunistycznej Polsce). Potem, kiedy czasy zaczęły
się stopniowo zmieniać, zaś możliwości dalszych promocji zwolna były
wypracowywane, zmuszony zostałem do uciekania z Polski, jako że mojemu
życiu zagroziło niebezpieczeństwo. W Nowej Zelandii ponownie więc
zacząłem od samego początka. Początkowo byłem tzw. "Post-Doctoral Fellow"
na University of Canterbury, potem zostałem starszym wychowawcą (po angielsku
Senior Tutor) na politechnice w Southland, potem zostałem "Senior Lecturer"
na University of Otago. Kiedy jednak zaczęły się dla mnie otwierać szanse
na osiągnięcie nawet wyższej pozycji w Nowej Zelandii, nagle zostałem
wyrzucony z pracy (za badania eksplozji Tapanui) i zostałem
bezrobotnym. Z czasem zmuszony też byłem uciekać z Nowej Zelandii dla
znalezienia chleba. Podpisałem trzy kolejne kontrakty na pozycje
profesora nadzwyczajnego (po angielsku: Associate Professor). Kiedy
jednak w 1998 roku złożyłem podanie na pozycję profesora zwyczajnego,
oraz właśnie miałem pozycję tą otrzymać, nagle tzw. "kryzys azjatycki"
(po angielsku "Asian Crisis") uderzył, zaś możliwości dalszego zatrudnienia
w kraju jaki faktycznie potrzebował kogoś z moim rodzajem ekspertyzy
akademickiej natychmiast zniknęły. Wróciłem więc do Nowej Zelandii
i zacząłem wszystko od początku od najniższej pozycji akademickiej
jaka w owym czasie istniała w Nowej Zelandii.
W ten sposób, w obszarze
zawodowym do dzisiaj już trzykrotnie wpinałem się do góry po drabinie
akademickiej i trzykrotnie spadałem na samo dno. Oczywiście, nie jestem
wykonany ze stali, dlatego każdy upadek odczuwam dosyć boleśnie.
W moim pierwszym wspinaniu się po tej drabinie zdołałem dotrzeć do
około jej połowy, zanim zniszczenie oryginalnej wersji "Solidarnosci" w Polsce
zrzuciło mnie ponownie do początkowego poziomu. W drugim wspinaniu
się osiągnąłem około ćwierć wysokości tej drabiny, zanim zostałem
bezrobotnym w Nowej Zelandii. Trzecie wspinanie się po tej drabinie
akademickiej wyniosło mnie niemal do jej szczytu, jednak trzeci
upadek jaki po nim następował zepchnął mnie do obecnej najniższej
pozycji całego mojego życia. Stoję więc obecnie na poziomie zerowym
owej drabiny akademickiej, patrzę w górę ze zgrozą, oraz filozoficznie
deliberuję co powinienem uczynić dalej. Czy powinienem przewartościować
swoje cele życiowe i filozofię, zapomnieć o zmaganiu, oraz w pokoju
odczekiwać na emeryturę na obecnej najniższej pozycji akademickiej
mojego życia. Czy też powinienem podleczyć rany z poprzednich upadków,
odbudować swoją energię, zaś po rozpoczęciu ponownego wspinania się
zaryzykować czwarty upadek w moim życiu. Co ty czytelniku uczyniłbyś
na moim miejscu?
Na szczęście istnieje też
dobra strona w owych wszystkich moich nieustannych wzlotach i upadkach.
Jest nią moja ekspertyza, jaka nieustannie się powiększa. (Chociaż mój
ojciec zwykł powiadać, że "uczymy się całe życie, a i tak umieramy
głupcami".) Zaś owo podnoszenie się mojej ekspertyzy wcale nie
podlega okresowym upadkom, jak tamte materialne aspekty życia
to czynią. Stąd, jeśli kiedyś mam pozostawić na Ziemi jakiś ślad
po sobie, najprawdopodobniej śladem tym będzie coś, co wynika z
mojego niezwykłego przebiegu życia, jakiego bez przerwy doświadczam.
#4. Doświadczenie wielu odmiennych kultur:
Podczas mojej interesujacej
kariery zawodowej miałem okazję pracować w wielu odmiennych krajach,
jakie reprezentują cały szereg odmiennych kultur. To z kolei
pozwoliło mi zgromadzić prawdziwie wielokulturowe doświadczenia.
Znacząca proporcja tych doświadczeń została osiągnięta w krajach
Azjatyckich oraz w kulturach Orientu. Wszakże moje doświadczenie
zawodowe obejmuje zatrudnienie na uniwersytetach (lub na innych
uczelniach wyższych) Polski (przez 12 lat), Nowej Zelandii (przez
15 lat), Północnego Cypru - tj. Tureckiego (przez 1 rok), Malezji (przez 3 lata),
oraz Malezyjskiej części Wyspy Borneo (przez 2 lata). Podczas owego
zawodowego wędrowania po świecie zawsze starałem się brać udział
we wszelkich wielorasowych obchodach i obrządkach, szczególnie w
egzotycznej Malezji. W rezultacie, zdołałem zgromadzić ogromną
pulę obserwacji na temat zwyczajów i kultur odmiennych narodów,
ich postaw filozoficznych, zasad zachowania się, obszarów czułości,
postępowania, wierzeń, religii, przesądów, zwyczajów, itp.
Gromadziłem także przysłowia, mity, przesądy, oraz zwyczaje
ludowe najróżniejszych narodów. Faktycznie też druga książka
jaką w 2003 roku razem z moim bratem zdołaliśmy opublikować w Polsce
w dwóch językach pod tytułem "Przysłowia Wschodu oraz z innych
stron świata - Proverbs of the Orient and from other corners
of the world", Poznań (Adres wydawcy: "Wydawnictwo Poznańskie",
Ul. Fredry 8, 61-701 Poznań), 2003 rok, ISBN 83-7177-273-4,
551 stron; zawiera kolekcję około 2700 przysłów zaprezentowanych
w dwóch językach - mianowicie po angielsku i po polsku. Owe
przysłowia zdołałem zakumulować podczas ostatnich 12 lat moich
prac zawodowych w najróżniejszych krajach. Znacząca ich liczba
wywodzi się z kultur Orientu i Azji, włączając w to: Japonię,
Koreę, Chiny, Malezję, Dayaków z Borneo, oraz cały szereg innych.
Oto jak wygląda okładka naszej książki o przysłowiach.
Razem z moim bratem opublikowaliśmy tą książkę w Polsce w 2003 roku.
Zawiera ona około 2700 przysłów. Każde przysłowie jest zaprezentowane
w dwóch wersjach językowych, mianowicie polskojęzycznej i angielskojęzycznej.
#5. Profesury w dwóch odmiennych dyscyplinach:
Prawdopodobnie nie istnieje
wielu uczonych, którzy zdołali zgromadzić
aż tak ogromny zasób doświadczenia zawodowego jaki ja zakumulowałem.
Aby podać tutaj konkretny przykład, to zdołałem osiągnąć poziom
akademicki profesora nadzwyczajnego (po angielsku: Associate
Professor) w dwóch całkowicie odmiennych dyscyplinach zawodowych,
mianowicie w naukach komputerowych oraz w inżynierii mechanicznej.
Także mój doktorat (jestem przecież doktorem nauk technicznych)
został wypracowany w owych dwóch dyscyplinach jednocześnie. Gdybym
przygotował wykaz wszystkich przedmiotów jakie kiedykolwiek wykładałem
w swoim życiu, niemal z całą pewnością wystarczyłoby to na stworzenie
niewielkiej politechniki. Faktycznie też wierzę, że pracowałem na
jednej takiej maleńkiej politechnice (mianowicie w Timaru, Nowa
Zelandia) w jakiej całkowita ilość przedmiotów wykładanych była
mniejsza od liczby przedmiotów jakie ja wykładałem w całym swoim
życiu.
#6. Honory, stopnie, tytuły:
Typowy przebieg studiów na Politechnice Wrocławskiej
jakie ja ukończyłem zajmuje 6 lat dla mojej specjalizacji. Po tym jak
ukończyłem owe studia, otrzymałem dwa stopnie, mianowicie Magistra i
Inżyniera (Mgr, inż.).
* * *
Podczas ostatniego roku studiów
przyznano mi tzw. "Stypendium naukowe", jakie na Politechnice Wrocławskiej
było zarezerwowane dla najbardziej wyróżniających się studentów.
Owo stypendium posiadało wpisany w siebie warunek, że po zakończeniu
studiów Politechnika Wrocławska rezerwuje sobie prawo do zatrudnienia mnie
jako pracownika dydaktycznego. Stąd natychmiast po ukończeniu studiów
zacząłem badania nad swoją pracą doktorską. Pracę tą ukończyłem już
po 4 latach, broniąc swego doktoratu w dniu 6 czerwca 1974 roku.
Doktorat dał mi tytuł naukowy "Doktora Nauk Technicznych". Przez następne
4 miesiące po obronie swego doktoratu byłem najmłodszym doktorem na
Politechnice Wrocławskiej. Oczywiście, po obronie pracy doktorskiej
ciągle kontynuowałem swoje badania i wykłady. W owym czasie moi
studenci przyznali mi tytul "wykładowcy roku". Tytuł ten otrzymałem
od nich w dwóch kolejnych latach tuż przed wyemigrowaniem z Polski.
* * *
Niezależnie od doktoratu, posiadam także
cały szereg innych tytułów i stopni, jakie wyglądają dosyć ładnie opisane w życiorysie.
Jeden z nich jest wynikiem obowiązkowej w ówczesnej Polsce służby wojskowej.
Początkowo zacząłem ową służbę jako saper. Z kolei głównym zajęciem saperów
jest budowanie mostów, dróg, lotnisk, układanie pól minowych oraz późniejsze
rozbrajanie ich, wysadzanie w powietrze wszelkich przeszkód na drodze,
niszczenie starych bomb i pocisków, oraz wiele więcej. Kiedy dana armia
atakuje, saperzy idą przed jej czołem, aby przygotować drogę dla ciężkiego
sprzętu wojennego. (Stąd saperom zwykle się obrywa z obu walczących stron -
są bici ogniem wroga jak i zasypywani "przyjacielskimi kulami" od swoich.)
Saperzy są właśnie tymi wojskowymi o których popularne powiedzenie stwierdza,
że jakoby "popełniają oni tylko jeden błąd w całym życiu". (Dzieje się tak
ponieważ duża część ich obowiązków obejmuje rozbrajanie bomb, zaś niemal
nikt nie przeżywa popełnienia błędu z bombą.) Stąd różni sarkastyczni saperzy
dodawali do owego powiedzenia, że owym jedynym błędem jaki popełnili w
życiu było zostanie saperami. To właśnie podczas służby w saperach poznałem
prawdziwe znaczenie angielskiego przysłowia "kiedy praca jest warta wykonania,
wówczas jest też warta aby wykonać ją dobrze" (po angielsku: "when a work is
worth being done, it is worth being done well"). Było tak ponieważ w owym
czasie wśród polskich saperów panowała długa tradycja, że jeśli dana jednostka
żołnierzy zbudowała most, wówczas wszyscy żołnierze szli pod ów most
kiedy pierwszy czołg po nim się przetaczał. (Ciekawe czy owa tradycja
przetrwała aż do dzisiejszych czasów demokracji i wolności wypowiadania
się.) Osobiście wierzę, że niezapomniane uczucia jakich się doświadcza
kiedy czołg przetacza się po moście jaki właśnie się zbudowało, jaki
nie był jeszcze testowany, a pod jakim właśnie się stoi razem w innymi
żolnierzami, okazałyby się bezcenne dla tych wszystkich młodych ludzi
którzy nie są w stanie wykrzesać z siebie żadnych motywacji do działania.
W późniejszym stadium mojej służby wojskowej
w Polskiej armii, moje wysokie zdolności techniczne zostały docenione
i zostałem przeniesiony do "inżynierii uzbrojenia", znaczy do służby
która działa jako wielko-skalowi zbrojmistrze, zajmując się naprawą
i utrzymywaniem w ruchu wszelkiego sprzętu używanego przez innych
żołnierzy (jak czołgi, działa, broń, środki transportowe, itp.).
Podczas owej obowiązkowej służby wojskowej w Polskiej armii zostałem
promowany do stopnia oficerskiego, tak że w czasie opuszczania Polski
byłem już podporucznikiem.
* * *
Poza Polską także dorobiłem się
najróżniejszych zaszczytów poprzez studiowanie, badania, oraz promocje
zawodowe. Dwa najbardziej istotne z nich były kiedy podczas swojej kariery
zawodowej osiągnąłem poziom Profesora Nadzwyczajnego (po angielsku:
Associate Professor) w dwóch odmiennych dyscyplinach. Stąd moje
honory obejmują także między innymi tytuły byłego profesora
nadzwyczajnego w inżynierii mechanicznej, oraz byłego profesora
nadzwyczajnego w naukach komputerowych.
* * *
Istnieje jeden honor jakiego
dostąpiłem w swoim życiu, a jaki jest szczególnie miły mojemu sercu.
Jest to moja żona. Jej ojciec był jednym z owych
arystokratów ze Wschodu, który stracił swoją fortunę,
jednak utrzymał tytuł. Stąd moja żona odziedziczyła tytuł
"Szejka" od niego, jednak bez fortuny Szejka jaka by z tytułem tym
się wiązała. (Dzięki Bogu, w przeciwnym wypadku ja nigdy
nie miałbym możności aby ją poznać, nie wspominając już faktu
że wówczas moja żona zapewne byłaby rodzajem popsutej
bogaczki, niemożliwej do współżycia ze zwykłym śmiertelnikiem.)
Stąd, ów honor jaki jest tak miły mojemu sercu, to że
jestem mężem pięknej kobiety która nie tylko nosi tytuł
Szejka, ale również posiada i klasę Szejka. Ponadto, w
dzisiejszych trudnych czasach nasze małżeństwo jest
wysoce symboliczne. Udowadnia ono bowiem, że kultura
Wschodu może współistnieć z kulturą Zachodu na zasadach
wzajemnej miłości, poszanowania i pokoju, oraz że każda
z tych dwóch doniosłych kultur jest w stanie wzbogacać
życie tej drugiej. Obecnie często się zastanawiam, jak
mąż utytułowanego Szejka powinien się nazywać. Czy jest
on Szejkanek (po angielsku: Sheikher),
Szejkomość (po angielsku: Sheikhness), czy
Szejkowski (po angielsku: Shaker)? A może
jeszcze coś innego? Wszakże gdybym był mężem księżniczki
z, powiedzmy, Anglii, zwracanoby się zapewne do mnie
"jego wielmożność", "jego wysokość", czy też "jego
eminencja", nie zaś: "hej ty Pająk"!
Ja w Rzymie z moim osobistym Szejkiem.
(Kliknij na to zdjęcie kiedy zechcesz je powiększyć.)